Wywiady

Wywiad z Jowitą Budnik

jowita-budnik-001
Jowita Budnik, aktorka, wychowanka Ogniska Teatralnego przy Teatrze Ochoty Haliny i Jana Machulskich, absolwentka Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Swoją przygodę z aktorstwem zaczęła już w 1985 roku, od debiutu w filmie „Kochankowie mojej mamy” Radosława Piwowarskiego. Zagrała role w kilkudziesięciu filmach i serialach telewizyjnych. W tym ostatnio w słynnej “Papuszy” państwa Krauze.

Czy przed udziałem w filmie Papusza miała pani jakiś osobisty kontakt z Romami? Czy miał on wpływ na to, że przyjęła pani tę rolę?
J.B.
Byłam dosyć wyjątkową osobą na planie „Papuszy”, bo chyba jako jedyna spośród głównych współtwórców naszego filmu, od lat znałam osobiście wielu Romów i miałam
o nich jak najlepsze zdanie. Moja mama, która zaraziła mnie miłością do kultury romskiej, od dzieciństwa puszczała mi tradycyjną muzykę Romów, kiedy byłam starsza podsuwała mi książki Ficowskiego, potem zabierała do Gorzowa na „Romane Dyvesa”, przedstawiała mi ludzi, którzy działali na rzecz społeczności romskiej. No i przede wszystkim dzięki Niej poznałam osobiście mnóstwo fantastycznych Romów z całej niemalże Europy. Oczywiście nie jest tak, że w swej naiwności idealizuję tę społeczność. Tak jak w każdej grupie, wśród Romów są ludzie mądrzy i głupi, mili i nieuprzejmi, pomocni i egoiści, uczciwi
i naciągacze, łagodni i agresywni. Ale to są cechy osobiste, a nie charakteryzujące ich jako grupę.

Natomiast moja sympatia nie miała żadnego wpływu na decyzję o przyjęciu roli
w „Papuszy”. Na pewno cieszyłam się, że będę pracować w bliskich memu sercu klimatach, że poznam język romski, że będę miała okazję zdobyć nowych romskich przyjaciół, ale dla mnie decydującym czynnikiem były osoby reżyserów. To ze względu na Joannę Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego przyjęłam tę rolę i to dzięki nim ruszyłam w wielką romską przygodę mojego życia.

Pani Jowito, jest pani dość skryta. To trochę tak, jak pani filmowa bohaterka, Papusza. Czy jest więcej cech, które Was łączą?
J.B.
Hmmm… Moim zdaniem niewiele cech charakteru łączy mnie z Papuszą, czego zresztą bardzo się bałam przyjmując tę rolę. Nie jestem skryta, powiedziałabym, że jest wręcz odwrotnie, wszędzie mnie pełno. A na bankietach rzadko bywam, bo po prostu mało mnie interesują. Jednak mam takie poczucie, że począwszy od poziomu wrażliwości, a na wyglądzie zewnętrznym skończywszy, więcej mnie z moją bohaterką dzieli, niż łączy. Natomiast w czasie prawie rocznych przygotowań do rozpoczęcia naszego filmu próbowałam stać się Papuszą, poetką, romską kobietą z krwi i kości, tak bardzo, jak tylko to było możliwe. Czy mi się udało? Nie wiem. To mogą ocenić widzowie, którzy film obejrzeli.

Co, według pani, może przyciągnąć współczesne kobiety do postaci Papuszy? Czego możemy się od niej nauczyć?
J.B.
Papusza była kobietą niezwykłą. Najbardziej urzekająca jest dla mnie jej dwoistość. Była jednocześnie osobą o niezwykłej wrażliwości, delikatności i kruchości, którym to cechom zawdzięczamy jej poezję, ale które niestety także przysporzyły jej wielu problemów,
z załamaniami nerwowymi i hospitalizacjami włącznie. Z drugiej zaś strony okazała się twardą, niezłomną, dziś powiedzielibyśmy niezależną kobietą, która umiała zawalczyć
o swoje marzenia, mimo ogromnej ceny, którą za nie zapłaciła. Dlatego współcześnie mogłaby być ikoną zarówno dla uduchowionych romantyczek, jak i walczących o swoje prawa w patriarchalnym świecie „lwic”. Odbiór poezji to jest bardzo intymna sprawa, ale mogę tylko powiedzieć, że Papusza i jej gila już na zawsze mają szczególne miejsce
w moim sercu.

Czy według pani Romowie to w Polsce mniejszość etniczna, która wymaga szczególnego wsparcia? W jakim zakresie?
J.B.
Szczerze mówiąc to temat rzeka i nie da się go zamknąć w kilku zdaniach. Ale niewątpliwie bycie Romem w Polsce, czy nawet szerzej – w naszej części Europy – nie jest łatwe. Życie w cieniu krzywdzących stereotypów, trudniejszy start w dorosłość, problemy na rynku pracy, to tylko najczęstsze kłopoty, które na poczekaniu przychodzą mi do głowy. A przecież nie jedyne. Wiele jest do zrobienia na poziomie czysto ludzkim, głównie w zakresie zmiany mentalności Polaków, sprowokowania do poznania bez uprzedzeń mniejszości, która żyje obok nas od ponad 600 lat. Istotne są inicjatywy rozmaitych organizacji pozarządowych promujące kulturę romską, wspierające edukacyjnie najmłodsze pokolenie, żeby odważniej i bez kompleksów w przyszłości stało się pełnoprawną częścią społeczeństwa. Ale także rozmaite działania przeciwdyskryminacyjne. Weźmy chociażby przykład rozwoju zawodowego. To nie przypadek, że we wszelkich badaniach opinii publicznej w Polsce, Romowie są wskazywani jako grupa najmniej chętnie zatrudniana. Co, mówiąc wprost, oznacza, że większość pracodawców zatrudni każdego, byle nie Roma. A wiadomo jakie niesie to konsekwencje w kraju z prawie dwudziestoprocentowym bezrobociem. Nie mogąc znaleźć pracy, Romowie siłą rzeczy są zmuszeni do korzystania z pomocy społecznej, a to z kolei utrwala stereotyp, że są ludźmi leniwymi, którym pracować się nie chce. I koło się zamyka. Tu właśnie państwo ma pole do działania, choćby wspierając tych pracodawców, którzy Romów będą zatrudniać. Zresztą sprawdzonych mechanizmów antydyskryminacyjnych powstało na świecie wiele, jest z czego korzystać.

Dlaczego zdecydowała się pani zostać Ambasadorką kampanii społecznej „Jedni z wielu”?
J.B.
Po pierwsze jestem zdania, że jeśli tylko człowiek może dać z siebie coś dobrego innym, powinien to uczynić. Po wtóre, nie tylko przez pracę na planie „Papuszy”, czuję się wewnętrznie zaangażowana w przekonywanie ludzi wokół, że warto jest poznawać Romów, tak naprawdę, z bliska, bez bariery odwiecznych stereotypów. Po trzecie
i najważniejsze, bardzo podoba mi się pomysł kampanii „Jedni z wielu” i jego wspaniała oprawa fotograficzna. Dlatego jestem dumna, że mogę być Ambasadorką tak fantastycznej akcji.