Wywiady

Wywiad z Jessicą Merstein-Siwak

21-merstein-siwak-jessica-img@2x

Jak wygląda Pani zwykły dzień?
J.M.-S.
- Nigdy niczego nie planuje, nie wiem co będę robiła za godzinę. Kilka dni w tygodniu jestem w pracy, uczę muzyki dzieci z mniejszości niemieckiej. Oprócz tego mam mnóstwo prób z  zespołem moich rodziców, w którym jestem od urodzenia i z moim własnym rockowym zespołem, 80km stąd. Weekendami najczęściej mamy koncerty, cały czas gram i śpiewam. Zajmuje się dzieckiem, czasami sprzątam w domu, rzadko gotuję, bo tego nie lubię.

Skąd pomysł, żeby kształcić się muzycznie?
J.M.-S.
- Jestem po średniej szkole muzycznej. To jest nam wręcz narzucone, ale w pozytywny sposób. Z pokolenia na pokolenie wszyscy zajmują się zawodowo muzyką, a szczególnie moi rodzice, więc było jasne, że ja także pójdę w tę stronę. Zresztą ja sama nie wyobrażam sobie robienia czegoś innego. Nawet kiedy nauczam nie czuję takiej satysfakcji, jak kiedy jestem na scenie. W  prawdzie jestem po studiach germanistycznych i podoba mi się także praca tłumacza, ale jednak muzyka jest na pierwszym miejscu. Moim największym marzeniem i celem jest żyć tylko z muzyki.

Aktualnie Pani koncertuje?
J.M.-S.
- Tak, na razie tylko z zespołem moich rodziców, ale mamy już pierwsze terminy koncertów mojego zespołu. Cały czas negocjujemy, jesteśmy świeży zespołem.

Czyli to wszystko dopiero się rozwija?
J.M.-S.
- Z moim zespołem tak, ale bardzo szybko się zgraliśmy i przygotowaliśmy program na półtoragodzinny występ.

Czy w codziennym życiu praktykuje Pani tradycje romskie? Jak muzyka romska jest odbierana w Polsce?
J.M.-S.
- Wśród polskiej publiczności bardzo dobrze, dlatego też rodzice zdecydowali się przeprowadzić z Niemiec do Polski. Ja urodziłam się w Niemczech i tam wychowywałam do 13 roku życia. Jednak ze względu na to, że rodzice zarabiali na muzyce, a tam grali głównie sinti jazz, bo tradycyjna muzyka polskich Romów tam się nie przyjęła. Dlatego rodzice zdecydowali się przenieść do Polski, bo tutaj można zarabiać na takiej tradycyjnej muzyce. Polacy są na nią bardzo otwarci, a nawet ciekawi naszej kultury. Ja to mam od urodzenia, czasami nawet czuję, że już mi się to przejadło, chociaż uwielbiam grać czardasze. Chciałabym pojechać do Węgier i tam podszkolić się w graniu czardaszów. Muzyka romska jest częścią mnie, chociaż tak naprawdę czuję się rockowcem. Mam to po tacie, on też zaczął swoją przygodę muzyczną rockiem. Tata w latach 60-tych, 70-tych był na poziomie ówczesnych muzyków, takich jak Jimi Hendrix, Led Zeppelin. W Opolu grał na takim sprzęcie, jaki był w Ameryce, a w Polsce go jeszcze nie było. Pasjonował się rockiem i to we mnie zaszczepił. W tym się najlepiej czuję. Ale przejmę zespół rodziców, jestem lojalna wobec nich i naszej kultury.

A Pani córka będzie członkiem tego zespołu?
J.M.-S.
- Musi, nie ma gadania. W tym roku idzie do zerówki i równocześnie dołączy do Ogniska Muzycznego. A kiedy pójdzie do podstawówki, rozpocznie naukę w szkole muzycznej, żeby to szło równocześnie. Musi mieć wykształcenie klasyczne, grać na fortepianie, znać nuty. Romską muzykę będzie miała we krwi, ale klasyki musi się nauczyć. Chciałabym, żeby nawet poszła na studia muzyczne, znała historię muzyki. Cenię takich artystów romskich, którzy są samoukami, ale jeśli mam wybór, to chcę wykształcić moje dziecko. Jej głównym instrumentem zostaną cymbały węgierskie, w których się zakochałam. Moja przyjaciółka na nich gra i będzie ją uczyć, aczkolwiek muszę poczekać aż osiągnie odpowiedni wzrost, żeby być w stanie na nich grać.

Czyli w wychowaniu córki nie zapomina Pani o romskich tradycjach?
J.M.-S.
- Ona to ma w sobie. My to mamy na co dzień. Moja mama uszyła jej teraz piękny stój romski i jest nim zachwycona, jak to mała dziewczynka. Bardzo podobają jej się te wszystkie falbany i cekiny. Ja mam już tego trochę dość, kiedy przebieram się w tradycyjne stroje na koncerty, to czuję się jak choinka, ale to mój sposób na życie. Zupełnie inaczej jest z moim zespołem, wtedy jestem inną postacią, w czarnej skórze, gotyckim gorsecie. Czuję, że żyję, kiedy możemy naprawdę dać czadu. Nie muszę udawać, machać sukienką, bo to nie jestem ja.

Była Pani w „Mam Talent” i zaszła do finału. W pierwszym etapie pojawiła się Pani razem z zespołem. Jak był odbierany?
J.M.-S.
- Tak, dostaliśmy zaproszenie z TVN-u jako zespół romski, Vanessa i Sorba. Ja wcześniej nie myślałam o wystąpieniu w takim talent show, ale wystąpiliśmy. Tata wymyślił, żebym to ja zaśpiewała, chociaż mama jest główną wokalistką, a ja gram na skrzypcach. Zaśpiewałam wtedy sinti jazz. Uważam, że źle zrobiliśmy, przebierając się w stroje tradycyjnych polskich Romów, ja jestem za tym, żeby strój uzupełniał muzykę, jaką się gra. Spodobaliśmy się na precastingu i  przeszliśmy do castingów emitowanych w telewizji, i spodobałam się tylko ja, chociaż wtedy jeszcze dużo nie śpiewałam. Miałam 21 lat i zajmowałam się tylko muzyką instrumentalną, grą na skrzypcach, i tak naprawdę nie umiałam jeszcze śpiewać. To było bardzo amatorskie, kiedy teraz tego słucham myślę, że jestem tam bardzo dużo błędów. Wtedy jeszcze sama nie wiedziałam, że potrafię śpiewać. Dopiero wtedy zainteresowałam się moim wokalem.

A jak rodzina i znajomi odpierali Pani występy w talent show?
J.M.-S.
- Cieszyli się, głosowali, wspierali mnie. Tata też cieszy się, kiedy może grać inną muzykę, męczy się, grając takie rzeczy, jak „Ore ore” czy „Cyganeczka Zosia”. Teraz go rozumiem.

Uważa Pani, że z taką muzyką identyfikowane są zespoły romskie?
J.M.-S.
- Szczerze mówiąc, nie spotkałam jeszcze kogoś z Romów, kto grałby muzykę rockową, czy jakąś inną. Najczęściej grają muzykę romską.

Spotyka się Pani na co dzień z jakimiś stereotypami na temat Romów?
J.M.-S.
- Jeśli już, to tylko negatywnymi. Że jesteśmy zamkniętą grupą, nie lubimy się integrować. Ale czy to jest stereotyp czy prawda? Sama się waham.

Pani jest bardzo otwartą osobą.
J.M.-S.
- Tak wychowali mnie rodzice. Skończyłam uniwersytet, mam prawo jazdy, jestem samodzielna. Inne dziewczyny z naszego otoczenia niestety nie miały kontaktu z polską społecznością, systemem edukacyjnym. Nie wiem z czego to wynika, że rodzice nie posyłają dzieci do szkół. A jednak w szkole ma się kontakt z inną kulturą, uczy się literatury, historii. Może dlatego jestem bardziej otwarta i nie boję się społeczeństwa. A jednak większość Romów jest bardzo zamknięta, ale to dlatego, że nie wychodzą naprzeciw światu, pielęgnują tylko swoje tradycje. Ja uważam, że skoro mieszkamy w Polsce, to polegamy także polskiemu prawu, nie mamy swojego kraju, więc musimy się podporządkować.

A gdyby Państwo Romskie istniało to przeprowadziłaby się Pani do niego? Czy to byłoby zupełne zamknięcie się na świat?
J.M.-S.
- Spróbowałabym. Pomimo tego, że mam kontakt z innymi kulturami, to drzemie we mnie cygan. Osiem godzin za biurkiem to nie jest coś dla mnie, czuję się wtedy związana. Pracowałam w ten sposób, na pełen etat, jako tłumacz, ale dusiłam się. Lubię tę swoją wolność. Każdy Rom ma to w sobie. Uwielbiam wolność i swobodę. Nie lubię sztywnego harmonogramu dnia. Niczego nie planuję, nie wiem co będę robić za godzinę, jestem spontanicznym człowiekiem. Chociaż pamiętam o tym, że trzeba z czegoś żyć, mam różne zobowiązania, choćby urzędowe. Nie mogłabym żyć z dnia na dzień, jak niektórzy Romowie. Jestem sobą, nie czuje się ani Niemką ani Polką, jestem Romką. Chociaż są u nas pewne zasady, bardzo kontrowersyjne, których absolutnie nie przyjmuję.

Na przykład?
J.M.-S.
- Przede wszystkim patriarchat mężczyzn, górowanie nad kobietami. Nigdy w życiu się z tym nie zgodzę. Jestem za równouprawnieniem.

Uważa Pani, że kampanie społeczne promujące kulturę romską są potrzebne?
J.M.-S.
- Mam nadzieję, ze w ten sposób ludzie zobaczą, że Romowie to wykształceni ludzie. Przeglądając album kampanii „Jedni z Wielu”, sama zdziwiłam się, ilu jest tam wykształconych Romów, którzy mają konkretne zawody, pracują i zarabiają. Nie wiem tylko, na ile ludzie mają do tego dostęp. Myślę, że w ten sposób można poznać nas tylko z grubsza, żeby nas zrozumieć trzeba być z nami na co dzień.

Jak Pani zdaniem powinna wyglądać współczesna romska kobieta? Czuje się Pani taką współczesną Romką?
J.M.-S.
- Tak, jak najbardziej. Myślę, że wszystkie powinnyśmy takie być, samodzielne, wykształcone, myśleć o sobie, realizować się. Niestety, dziewczynki są wychowywane tak, żeby były dobrymi matkami i żonami, całe ich szczęście ma opierać się tylko i wyłącznie na rodzinie. Ja na razie nie decyduję się na więcej dzieci, bo mam ogromną potrzebę samorealizacji. W pierwszej kolejności nie czuję się ani Polką, ani Niemką, ani nawet Romką, ale artystką. Patrzę bardziej kolorowo na świat. Uważam, że kobiety powinny zwrócić uwagę na to, czego tak naprawdę chcą, bo nie wierzę, że chcą tylko prowadzić dom. Przecież to jest nudne, ja bym się zanudziła na śmierć. Kiedy przez jeden dzień w tygodniu tylko siedzę w domu to wariuję, nie czuję satysfakcji z życia. Myślę, że powinny odciąć tę pępowinę od rodziny, a szczególnie od swoich mężów, bo są od nich bardzo uzależnione. Uważają, że same sobie nie poradzą, bo nie mają pracy i są finansowo uzależnione od swoich mężów. Bardzo wiele z nich, pomimo złego traktowania dalej trwają w takim związku, bo nie chcą przynosić hańby rodzinie. U nas źle patrzy się na rozwódki, ciężko jest ponownie wyjść za mąż, za Roma. Kobiety nie pokazują się światu, unikają Internetu, jakby to było jakieś stworzenie diabelskie, jak to słyszę to nie mogę przestać się śmiać. Są bardzo ograniczone, ale same siebie ograniczają, bo sobie na to pozwalają. Moja mama zawsze mówi, że wszystko zależy od tego, na ile kobieta sobie pozwoli. Jeśli pozwoli sobą rządzić to tak będzie, ale jeśli nie, to jej mężczyzna będzie ją nawet wspierał. Kobiety nie dbają o siebie, nie malują się, chcą być piękne tylko dla swojego męża. Zakrywają swoje ciało, spinają włosy w koki, zupełnie jak muzułmanki, a przecież mamy XXI wiek, żyjemy w Europie.

Pani mąż również jest Romem?
J.M.-S.
- Tak i to z tych bardzo tradycyjnych. Na początku też miał ze mną problemy, ale udało się go przekonać, że jeżeli chce ze mną być i mnie kocha to musi mnie akceptować. Na początku nie był przyzwyczajony do tego, żeby dziewczyna sama wychodziła, jeździła gdzie chce, mówiła swoje zdanie, ale ja taka jestem, jestem Jessicą. Czasami, kiedy mam czas wolny, to zamiast siedzieć w domu wsiadam do samochodu, włączam głośno muzykę i jeżdżę po mieście, wtedy najlepiej się relaksuję. Szukam wolności, nadal szukam samej siebie. Wiem, że za czymś tęsknię, czuję się niespełniona, wiem, że nie mam jeszcze satysfakcji z życia. Szukam tego czegoś. Czasami sama się z siebie śmieje, czasami bujam w obłokach i trzeba mnie sprowadzić na ziemię. Czasami popadam w melancholię, sama siebie nie rozumiem. Jestem niestabilna emocjonalnie, nie radzę sobie ze swoimi uczuciami, to mogę o sobie powiedzieć. Najlepiej jest kiedy gram i  śpiewam, wtedy mogę się zbalansować. Wiem, że ciężko jest żyć ze mną w związku i  podziwiam mojego męża, że tak długo wytrzymał. Jestem fruwającym ptakiem i czasami czuję się zamknięta w klatce, mam ochotę gdzieś wyjechać sama, ale teraz to nie jest możliwe, mam męża i dziecko. Kiedyś taka nie byłam, nie byłam odważna, otwarta na świat. Wtedy byłam dziewczynką, a teraz jestem już kobietą, mam różne doświadczenia i jestem głodna życia, różnych doznań. Szukam swojej drogi.

Dziękuję za rozmowę i w takim razie życzę Pani odnalezienia tego, dzięki czemu będzie Pani szczęśliwa.

Wywiad przeprowadziła Paulina Piotrowska